Nie tylko Łucznik. Cztery twarze i nieznane głosy Radomskiego Czerwca ’76 [AUDIO]

2026-06-24 21:00

W 1976 roku propaganda nazwała ich „warchołami”. Choć symbolem Radomskiego Czerwca stali się robotnicy z „Łucznika”, machina represji uderzyła w zwykłych ludzi. Po pół wieku czworo świadków tamtych wydarzeń opowiedziało swoje osobiste wspomnienia. Poznaj cztery niezwykłe, nieznane dotąd relacje z radomskiego buntu.

Czarno-białe zdjęcie tłumu protestujących robotników przed budynkiem KW PZPR w Radomiu podczas Czerwca '76. Na pierwszym planie widoczne transparenty z hasłami POLSKA ROŚNIE W SIŁĘ LUDZIE ŻYJĄ DOSTATNIEJ i NAROD PARTIA, obok stoi autobus. Więcej o tych wydarzeniach przeczytasz na naszym portalu.
Autor: INSTYTUT PAMIĘCI NARODOWEJ/ Materiały prasowe

Świadek od pierwszej godziny. „Ludzie szli pokojowo, chcieli rozmawiać”

Większość mieszkańców zapamiętała tamten bunt jako kłęby dymu unoszące się nad miastem i starcia z ZOMO. Mało kto potrafi jednak odtworzyć to, co działo się rano, gdy protest dopiero pączkował. Dla 15-letniej wówczas Lucyny Walkiewicz piątek 25 czerwca 1976 roku zaczął się od zwykłego przypadku. Jako nastolatka stojąca u progu dorosłości i szykująca się do szkoły średniej, szła rano z mamą i małym braciszkiem w wózku w odwiedziny do babci. Ponieważ ulica 1905 roku była już zablokowana, a komunikacja miejska stanęła, zmuszone były iść pieszo. Gdy mijały Zakłady Metalowe, zostały dostrzeżone przez znajomych robotników. Emocje były tak potężne, że wielki, gęsty tłum po prostu porwał je ze sobą. Ponieważ babcia mieszkała naprzeciwko Domu Partii, postanowiły iść razem z protestującymi.

Pani Lucyna stała pod Komitetem Wojewódzkim od samego początku – od godziny 8:00 rano. Zapamiętała coś, co komunistyczna propaganda próbowała za wszelką cenę wymazać: absolutny spokój, powagę i ogromną nadzieję robotników na dialog. Wtedy Edward Gierek cieszył się w Radomiu jeszcze ogromnym szacunkiem. Zmęczeni ludzie autentycznie wierzyli, że jeśli poproszą o spotkanie, pierwszy sekretarz wysłucha ich i cofnie drastyczne podwyżki cen żywności, sięgające nawet 100 procent. Choć z gmachu wielokrotnie wychodził prowincjonalny dygnitarz Janusz Prokopiak, karmiąc tłum obietnicami o kontakcie z Warszawą, była to cyniczna gra na zwłokę.

Dramat zaczął się około godziny 13:00, gdy przez tłum przeszła elektryzująca wiadomość: „Uciekają tyłem! Nikt do nas nie wyjdzie!”. Wtedy pękła tama ludzkiej cierpliwości. Pani Lucyna doskonale pamięta moment, w którym stojąca obok niej kobieta rzuciła w budynek pierwszym kamieniem – do dziś zastanawia się, czy był to odruch bezsilności, czy milicyjna prowokacja. Chwilę później miasto zamieniło się w regularne piekło. Władze, które spodziewały się protestów w Gdańsku czy Poznaniu, były zaskoczone Radomiem, dlatego początkowo wysłały skromne, lokalne siły milicji. Gdy jednak do miasta dotarły bezwzględne, ściągane z zewnątrz oddziały ZOMO, zaczęło się polowanie na ludzi.

Gazy łzawiące, ogłuszające petardy, potężne strumienie z armatek wodnych i świst milicyjnych pałek – to były obrazy, które wryły się w pamięć 15-latki. Mundurowi katowali wszystkich na oślep: dorosłych, starców i dzieci. Przerażona dziewczynka uciekała w amoku, prowadzona przez instynkt przetrwania, razem z ludźmi tworzącymi naprędce barykady z przewróconych autobusów i traktorów. W tym chaosie widziała śmierć dwóch mężczyzn przygniecionych ciągnikiem. Trauma tamtego dnia ciągnęła się za rodziną przez lata. Choć pani Lucyna cudem uniknęła obiektywów esbeckich aparatów (drugi raz z domu wyszła z psem, który wciągnął ją w krzaki przed wzrokiem tajniaków), to jej 13-letnia wówczas siostra została namierzona i przez długi czas miała z tego powodu poważne problemy w szkole. Mimo represji i łatki „warchołów”, którą komuniści przypięli miastu, pani Lucyna nosi dziś to określenie jak order – z dumą, że to właśnie Radom jako pierwszy odważył się tak głośno upomnieć o ludzką godność.

POSŁUCHAJ WSPOMNIEŃ LUCYNY WALKIEWICZ WTEDY 15-LETNIEJ MIESZKANKI RADOMIA

Iskra była kobietą. „Warchołom nic się nie należało”

Podczas gdy Zakłady Metalowe uformowały męski rdzeń protestu, potężna fala buntu wezbrała w Zakładach Przemysłu Skórzanego „Radoskór” – fabryce, w której pracowały głównie kobiety. To właśnie radomskie szwaczki jako jedne z pierwszych rano rzuciły pracę i wyszły na ulice. Szły na czele pochodu, nadając robotniczemu zrywowi masowy, społeczny charakter.

Bogumiła Nowak miała wówczas 29 lat i pracowała w „Radoskórze” od jedenastu lat. W tamten piątek szła do fabryki na drugą zmianę, ale bramy zastała zamknięte. Zamiast huku maszyn, usłyszała krzyk tysięcy gardeł żądających chleba i cofnięcia drakońskich podwyżek. Bez wahania zawróciła z tłumem i ramię w ramię z innymi kobietami przeszła gigantyczny dystans z Potkanowa aż pod sam komitet wojewódzki. Z tamtego popołudnia zapamiętała wszechobecny, gryzący gaz łzawiący, huk petard i absolutną bezwzględność milicji, która pałowała każdego – bez względu na płeć czy wiek. Nie wolno było nawet przystanąć w kilka osób, bo natychmiast spadały milicyjne ciosy.

Prawdziwe piekło zaczęło się jednak po weekendzie. Machina totalitarnego państwa nie miała dla radomskich kobiet żadnej taryfy ulgowej. Pani Bogumiła niemal natychmiast została wezwana na pokazową rozprawę do prezydium, a chwilę później – wyrzucona z pracy. Przez kolejne trzy miesiące przeżyła koszmar bezbronnej, młodej kobiety pozbawionej środków do życia w ukaranym przez władzę mieście. W żadnym zakładzie nie chciano z nią nawet rozmawiać, bo – jak wspomina z goryczą – „warchołom się wtedy nic nie należało”.

Gdy w końcu z litości zaoferowano jej posadę salowej w szpitalu, jej organizm nie wytrzymał. Ogromny stres, zszarpane nerwy i przeżyta trauma sprawiły, że ciężko zachorowała i w młodym wieku trafiła na rentę inwalidzką. Nawet wtedy bezpieka nie dała jej spokoju. Nachodzili ją tajniacy, nachalnie przesłuchiwali i próbowali zastraszyć, żądając, by wydała koleżanki, z którymi maszerowała 25 czerwca. Mimo to, po pół wieku pani Bogumiła z podniesioną głową mówi, że było warto – bo to dzięki tamtemu kobiecemu buntowi zaczęła się droga do wolnej Polski.

POSŁUCHAJ WSPOMNIEŃ BOGUMIŁY NOWAK ÓWCZESNEJ PRACOWNICY SZWALNI W „RADOSKÓRZE”

Polowanie w komitecie i awans za donos

Odwet komunistów uderzył na oślep – również w tych, którzy pod płonącym gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w ogóle się nie bili. Mirosław Wiernicki miał wówczas 26 lat i pracował jako brygadzista w Zakładach Przemysłu Skórzanego „Radoskór”. W piątek 25 czerwca, gdy rozwścieczony tłum zmierzał pod komitet, on – jako kierownik zmiany – musiał zostać na stanowisku. Razem z innymi zabezpieczał kilkumilionowy majątek fabryki, ryglował hale produkcyjne i zamykał magazyny pełne cennej skóry.

W poniedziałek rano zamiast podziękowań czekał na niego koszmar. Został wezwany przed partyjne gremium „Radoskóru”. Gdy usłyszał, że „nie jest godny dzierżyć legitymacji”, bez wahania rzucił partyjny dokument na stół. Dwie godziny później dostał dyscyplinarne, karne zwolnienie z pracy. Dopiero później dowiedział się, że padł ofiarą obrzydliwej zdrady. Doniosła na niego partyjna sekretarka z zakładu. System sowicie nagrodził kobietę za ten donos – pojechała do Warszawy, do samego Komitetu Centralnego, gdzie w nagrodę odebrała państwowy medal i Krzyż Zasługi.

POSŁUCHAJ WSPOMNIEŃ MIROSŁAWA WIERNICKIEGO ÓWCZESNEGO BRYGADZISTY W „RADOSKÓRZE”

Pułapka informacyjna i „manewry” na dworcu

Podczas gdy w mieście trwały już regularne walki, komunistyczne władze podjęły bezwzględną decyzję: zamknąć Radom w totalnej próżni informacyjnej. Wyłączono telefony, odwołano autobusy, a pociągi pasażerskie jadące z południa w stronę Warszawy celowo blokowano i opóźniano. W tę cyniczną pułapkę wpadli niczego nieświadomi radomscy studenci filologii polskiej. W ten gorący piątek 25 czerwca zdawali akurat w Kielcach wyjątkowo trudny egzamin z gramatyki historycznej u profesora Michała Jaworskiego. Profesor celowo przetrzymał grupę z Radomia do samego końca – weszli na salę dopiero po godzinie 15:00. Żadne z nich egzaminu nie zdało.

Gdy załamani i zmęczeni ruszyli na kielecki dworzec, okazało się, że są odcięci od świata. Pociągi nie kursowały, telefony na poczcie milczały, a miasto nie przyjmowało żadnych połączeń. Dopiero kolejnego dnia udało im się dotrzeć do Radomia. Gdy młoda studentka wyszła z podziemnego tunelu radomskiego dworca, zderzyła się z przerażającym surrealizmem. Zamiast kolejarzy zastała milczące kordony milicji i ZOMO w pełnym rynsztunku bojowym – z tarczami i hełmami. Niewiedza była tak wielka, że dziewczyna zapytała mundurowych, czy w mieście trwają jakieś „manewry”. Dopiero po powrocie do domu, widząc zapłakanych rodziców przekonanych, że ich córka leży przykuta do esbeckiego kaloryfera, zrozumiała, jak potężne piekło przetoczyło się przez jej rodzinne miasto.

POSŁUCHAJ WSPOMNIEŃ MAŁGORZATY SKAWIŃSKIEJ ÓWCZESNEJ STUDENKI

Dziedzictwo „Warchołów”. Kara, która stała się dumą

Radom zapłacił za swój czerwcowy zryw potworną cenę. Przez kolejne lata miasto było celowo marginalizowane, zubożone i traktowane przez elity partyjne z Warszawy jak trędowate. Propaganda Gierka robiła wszystko, by wepchnąć radomian w poczucie winy i wstydu. Wypożyczani na wiece propagandyści grzmieli o „chuliganach, którzy wyszli tylko okraść sklepy”.

Jednak z perspektywy pół wieku, te cztery osobiste historie dowodzą czegoś zupełnie odwrotnego. Pokazują, że w czerwcu 1976 roku w Radomiu nie narodził się bandytyzm, ale polska Solidarność. Piętnowane przez komunę słowo „Warchoł” przeszło niesamowitą ewolucję. Dziś dla mieszkańców Radomia nie jest już obelgą – stało się synonimem dumy, niezłomności i odwagi ludzi, którzy jako pierwsi skruszyli betonowy mur systemu.

Tych niezwykłych, przejmujących opowieści o strachu, buncie, zdradzie i niezłomnej dumie  wysłuchały dziennikarki Radia Eska Radom: Sandra Białek-Pawłowska oraz Anna Badowska